Aleksandra Szmigiel: droga do perfekcji nie ma końca

Warszawa, 15.04.2017

Nie ma drugiej takiej jak ona. Aleksandra Szmigiel w przeszłości trenowała wyczynowo biegi na bieżni, zaliczyła też przygodę z biegami górskimi,
w których była mistrzynią Polski juniorek i startowała w Mistrzostwach Europy. Pasję do lekkoatletyki przełożyła na pole zawodowe - została fotografem sportowym. Dzięki jej zdjęciom widzimy to, co do tej pory było zarezerwowane tylko dla nielicznych ─ stres, walkę i emocje.

Zawsze nosisz ze sobą aparat fotograficzny?
Ten profesjonalny z całym osprzętem, który dźwigam w plecaku na zawodach waży kilkanaście kilogramów, dlatego zazwyczaj noszę trochę mniejszy.

Zdarza ci się fotografować spontanicznie?
Pewnie! Robię tzw. streety, czyli fotografię uliczną, ale to nie do końca jest moja działka. Wolę stadion, trasę biegu, sportowców.

Zanim zostałaś fotografem sportowym, byłaś fotografem amatorem. Teraz to już zawód?
Czasami nadal czuję się jak amatorka, bo w końcu na poważnie robię to od trzech, czterech lat. Fotografia to jest taka dziedzina, w której nie możesz powiedzieć, że umiesz już wszystko. Zawsze może cię coś zaskoczyć, możesz coś odkryć, czegoś się nauczyć. To jest bardzo inspirujący i rozwijający zawód. Droga do perfekcji nie ma końca. Ten rok był dla mnie jednak przełomowy. Zostałam doceniona w środowisku fotografów, moje zdjęcie zwyciężyło w kategorii Sport w ważnym konkursie BZWBK Press Photo. To wielka radość, ale i zobowiązanie, żeby nie wypaść z podium w przyszłym roku. Och, i znów wkrada się ta sportowa rywalizacja (śmiech).

Jak uczyłaś się fotografować?
Na Uniwersytecie Warszawskim studiowałam na kierunku fotografia prasowa, reklamowa i wydawnicza. Studia trwały dwa lata, wycisnęłam z nich co się dało, ale dopiero potem ukształtowała się moja świadomość fotograficzna.

A co to jest świadomość fotograficzna?
Trzeba wiedzieć, po co się robi zdjęcie. Nadal się tego uczę. Dziś bardzo dużo ludzi robi zdjęcia, ma dobry sprzęt, ale czy naprawdę każdy kto naciska spust migawki, jest fotografem? Trzeba umieć złapać tę jedną niepowtarzalną chwilę, a to nie zawsze dzieje się przypadkiem. To jest właśnie ta świadomość.

Czy w kręgu twoich fotograficznych zainteresowań zawsze byli sportowcy?
Wszystko zaczęło się od mojego wyczynowego treningu. W przeszłości biegałam biegi średnie czyli 800 i 1500 metrów. Gdy mowa o wynikach i rekordach życiowych na skalę Polski, to śmieję się, że biegałam średnie biegi… średnio, omijały mnie medale Mistrzostw Polski juniorów, ale zawsze stawałam na podium na zawodach w rejonie. Trenowanie to była ciężka robota. Na pewno to zbudowało cały mój charakter i podejście do życia. Niczego nie żałuję.

Jak wyglądało twoje sportowe dzieciństwo?
Moja młodość podporządkowana była bieganiu. Codziennie, z wyrzeczeniami, często na zmęczeniu po szkole. Nie mówię tu o rekreacyjnym bieganiu w granicy komfortu - to było przesuwanie swoich granic, aż organizm czasem odmawiał posłuszeństwa. Bo gdy robiłam np. trening tempowy, to na 120%. Jeszcze trzeba było pójść do szkoły i przynosić piątki. Ale dobrze to wspominam. Moja przyjaciółka, Angelika Cichocka, z którą biegałam w tej samej kategorii wiekowej, była teraz na Igrzyskach Olimpijskich w Rio, a wcześniej została Mistrzynią Europy. Był taki rok, że przybiegałam za nią na metę tylko sekundę wolniej (śmiech). To miłe oglądać kogoś z tamtych czasów, kto zaszedł tak daleko.

Czujesz żal i niedosyt z niezrealizowanej kariery sportowej?
Oczywiście. Nie osiągnęłam w sporcie tego, co zamierzałam. Głównie przez swoją, jak ja to mówię, "zrytą bańkę" (śmiech).

Co masz na myśli?
Byłam zbyt wrażliwa. Za bardzo chciałam osiągnąć cel i byłam niecierpliwa. Miałam taką przypadłość, która się zdarza u sportowców, czyli "schodzenie z biegu".

Na czym to polega?
Prosty i niebezpieczny mechanizm. W trakcie biegu, mimo że idzie ci nieźle, pojawia się w głowie myśl "zejdź z trasy i odpuść sobie". To był jeden moment, ale zaraz potem już mnie nie było na bieżni. Niestety wpadłam w taką rutynę schodzenia. Straciłam mnóstwo szans na dobry wynik. Trenowałam rzetelnie, ale psychicznie nie dawałam rady na zawodach, odpadałam. To było na tyle wyniszczające, że zrezygnowałam z wyczynowego biegania.

Co twój trener mówił w takich chwilach, gdy rezygnowałaś?
Nikt nie był mnie w stanie zrozumieć i chyba nikt nie mógł mi pomóc. Musiałam to sama przepracować. We wczesnych latach trenowania wszystko szło świetnie. Zajmowałam pierwsze miejsca, zawsze na podium. Potem przyszedł etap, że nie pojawił się progres. Jego miejsce zajęła destrukcyjna irytacja. W żargonie lekkoatletycznym mówi się na to, że jesteś "mistrzem treningu", ale na zawodach nie potrafisz "sprzedać" swojej ciężkiej pracy.

Jak zniosłaś moment rezygnacji z kariery sportowej?
Nigdy oficjalnie nie zrezygnowałam. Dalej biegałam dla siebie. W tym samym czasie, a nawet wcześniej, bo jako trenująca biegaczka, zaczęłam robić zdjęcia innym zawodnikom. I przez to poniekąd przestałam postrzegać siebie jako zawodniczkę. Widziałam się raczej w roli obserwatora. To mi odpowiadało. Nie musiałam się już tak męczyć (śmiech).

Czy pamiętasz pierwsze zdjęcia, z których naprawdę byłaś zadowolona?
Był taki fajny czas w 2011 roku. Portal biegowy, w którym pracowałam, wysłał mnie do Kenii, do kolebki kenijskiego biegania. Technicznie nie byłam za dobra w nowym fachu, ale udało mi się przywieźć stamtąd parę dobrych zdjęć. Kenia nie była wtedy tak popularna, nie była też oblegana przez fotografów sportowych. Przywiozłam więc unikalny materiał. Teraz zrobiłabym to inaczej, lecz wtedy byłam szczerze i obiektywnie zadowolona (śmiech).

Jak wygląda twoja praca fotografa na zawodach sportowych?
Najbardziej lubię jeździć na wielkie imprezy sportowe lekkoatletyczne, takie jak Mistrzostwa Świata czy Europy. Zdobywam akredytacje, na które musiałam kilka lat pracować, żeby nie być tzw. "no namem". Konkurencja jest duża, chętnych wielu, to zapchany rynek. Na takich imprezach robię wszystko, żeby mieć moje ulubione zdjęcia "behind the scene". Chce pokazać to, czego nie widzimy w telewizji. Wszyscy widzą, jak zawodnik dobiega do mety, zwycięża, triumfalnie powiewa flagą. Nie czujemy jednak tego, jak denerwuje się przed startem, jak spędza ostatnie minuty, jak się przygotowuje, każdy przecież ma swoje zachowania i rytuały. To moje postrzeganie i poszukiwanie emocji nie tylko na trasie, ale też za kulisami, bierze się z tego, że jako sportowiec znam to od podszewki.

Czy na takich wielkich zawodach fotograf może robić zdjęcia wszędzie, czy tylko w wyznaczonych strefach?
To jest kwestia kamizelki, którą ci przydzielą. Zazwyczaj dostaje się taką, która pozwala ci robić zdjęcia poza główną płytą stadionu. Trzeba walczyć o białą kamizelkę. Jest ich mało i dostają ją fotografowie z najlepszych agencji fotograficznych świata. To przepustka do robienia zdjęć wszędzie. Kilka razy udało mi się ją zdobyć. I znów rywalizacja. W fotografii budzi się we mnie uczucie jak za czasów, gdy byłam zawodniczką - chęć i uzależnienie od wygrywania. Znów walczę o swoje do końca (śmiech).

Jaka jest twoja relacja z zawodnikami? Czy fakt, że kiedyś razem trenowaliście, pomaga ci w pracy?
To niewątpliwie mój atut. Ale moja rozpoznawalność w środowisku pomaga też innym fotografom. Czasem jak kogoś zawołam po koleżeńsku, to fotografują wszyscy. Zawodnicy też chętniej pozują, są bardziej otwarci. Fakt, że byłam jedną z nich, nie jest bez znaczenia. Jestem przez nich oswojona, czują się naturalnie, gdy jestem blisko z obiektywem. Znam tych ludzi, rozpoznaję gesty, wiem, że każdy z nich ma swój rytm, plan i przedstartowy rytuał. Adam Kszczot trzyma się za nadgarstek, Asia Jóźwik zawsze pięknie się modli, czasem robi groźne minki, nastraja się do walki. Ewa Swoboda całuje naszyjnik i bardzo dużo skacze. To ona wprowadziła więcej luzu do świata lekkoatletyki, jest charyzmatyczna i szalona. Innym zawodniczkom to się udziela.

Jak zawodniczki reagują na twoje zdjęcia po zawodach?
Miałam ciekawą sytuację z Joanną Jóźwik. Zajęła szóste miejsce na Mistrzostwach Europy w Amsterdamie i była załamana. Wysłałam jej zdjęcie, które zrobiłam w momencie, kiedy zobaczyła, że jest dalej niż oczekiwała. To było jednocześnie smutne i śmieszne zdjęcie. Joanna roześmiała się na widok swojej miny - miała typową "podkówkę". Wewnętrznie przeżywała niepowodzenie, małą sportową tragedię, lecz moje zdjęcie poprawiło jej nastrój. Fani sportu też bardzo lubią takie fotografie, bo wiedzą, że mogą zobaczyć coś więcej, coś unikalnego. To są osławione krew, pot i łzy, ale fotografowane z dużą atencją.

Czy w świecie fotografów sportowych jest dużo kobiet?
Na pewno za mało. Mam może dwie lub trzy koleżanki po fachu i nie są to Polki. Być może dlatego, że to nie jest łatwy zawód dla kobiety. Sprzęt jest potwornie ciężki, jest dużo wyjazdów. Fakt, że byłam sportowcem, bardzo mi pomaga. To nietypowe przedłużenie kariery, bo dalej jestem blisko mojej życiowej pasji. Biorę to na klatę, walczę i nie myślę o tym, że jestem kobietą i teoretycznie mam gorzej.

Jakie cechy ma według ciebie dobra fotografia sportowa?
Mam taki ulubiony cytat, który w pewnym stopniu odpowie na to pytanie: "Being a sport photographer [is] not just knowing the technical part of photography, but knowing the sport that you're taking pictures of so that you can be ready for a certain situation that might happen"

Czyli jesteś odpowiednią osobą w odpowiednim miejscu?
(śmiech) Tak, zdecydowanie! A na pewno robię wszystko, aby się taką stać. Wspominałam już, że droga do perfekcji w zawodzie fotografa nie ma końca? Taka robota.

Czujesz, że fotografia sportowa rekompensuje ci karierę sportowca, którą porzuciłaś?
Trochę tak jest. Mam kontakt ze sportowcami, zmagania i emocje przeżywam razem z nimi i mam wrażenie, że równie mocno co oni. Sport i fotografia to moje pasje, więc cieszę się, że tak to się ułożyło. Nie muszę się zastanawiać, co ja bym innego robiła w życiu.

Rozmawiała
Katarzyna Dydo-Rosłoń

pozostałe artykuły